Weganizm jest też i dla chorego.

–  Co powiesz choremu, który nie może pozwolić sobie na weganizm? – Czy ma ktoś odwagę i wiedzę w tej sytuacji coś konkretnego zaproponować? Gdzieś na fb.  padły  te pytania od kogoś w bojowym nastroju. Spontanicznie podjęłam wyzwanie, które okazało  się niełatwe, bo jak tu przekonać do zdrowej diety osobę, która tak naprawdę nie chce być zdrowa, albo przynajmniej zdrowsza. Nie chce, bo straciłaby usprawiedliwienie dla swego marazmu, letargu, uzależnienia finansowego od partnera, matki……… To takie łatwe, upierać się przy swej chorobie, biczować nią swoje ciało, manipulować…. . Łatwe, ale destrukcyjne, bo hipochondria niestety nierzadko bywa śmiertelna. Jedyne co pozostaje takiemu niezłomnemu uparciuchowi, to napis na nagrobku: „A nie mówiłem? – hipochondryk.”

W historii swego weganizmu miałam incydent „natury medycznej”, który zapewne mógłby niejedną osobę przestraszyć,  zawrócić z obranej drogi. Około pół roku byłam już na konsekwentnej diecie wegańskiej, kiedy nagle z godziny na godzinę zaczęłam słabnąć. – To przez te twoją wegańską fanaberię. – Jedz w końcu normalnie…….-  zmuszona byłam wysłuchiwać wymówek. Tego samego zdania była wezwana w nocy lekarka – Rosjanka, bo niestety zasłabłam w łazience. – To niech Pani je więcej…chociaż tego tofu….  i zaleciła wizytę następnego dnia u lekarza rodzinnego. Niestety rano było jeszcze gorzej, ledwo zdołałam wsiąść do samochodu, chociaż absolutnie nie powinnam była tego robić i przejechałam kilkaset metrów do najbliższego szpitala w Gelsenkirchen, zostawiłam samochód „na mandacie” i „dopełzłam” do izby przyjęć. Na szczęście młody, niemiecki  lekarz wcale nie łączył tego, co się ze mną dzieje z weganizmem. Szybko zorientował się, że gdzieś ucieka mi krew. Vertrauen Sie Gott? – Ufa Pani Bogu? – wierzy w Boga? – zapytał lekarz, zapewne podkreślając w ten sposób powagę sytuacji.

Leżałam osłabiona na łóżku, po transfuzji  i wielu badaniach bez rezultatu, bo lekarze nie znaleźli przyczyny, ani miejsca z którego sączyła się krew, której część zwymiotowałam, a resztę przetrawiłam, ale nawet przez chwilę nie kojarzyłam tego co się stało z dietą roślinną. Już wtedy byłam pewna, że jestem po właściwej stronie, że nie zawrócę z raz obranej drogi. Obiecywałam sobie tylko, że jeśli przeżyję, to odejdę z pracy, której nie lubię.  Kiedy krwotok ustał samoistnie, a ja przypomniałam sobie, że przed laty mój ojciec dokładnie w tym samym wieku miał podobną sytuację i też nie znaleziono przyczyny, uznałam zdarzenie za przeznaczenie, „psikus” losu, zmuszający mnie do kolejnego „resetu”w życiu, wypisałam się na własną prośbę , bo niestety z wegańskimi potrawami w tym szpitalu było niestety kiepsko. Poszłam do domu ugotować sobie coś pysznego, a do pracy, której nie lubiłam już nie wróciłam. Wychodziłam ze szpitala z myślą – przeczuciem, że to mój ostatni szpitalny raz , jeśli …… kiedyś, to już chyba tylko umierać…  i tak trzymam do dzisiaj.

Dzisiaj objadłam się moją fasolka po wegańsku. https://lucyostrachu.pl/2017/05/fasolka-po-wegansku/

 

 

Dodaj komentarz