Bakłażan z jabłuszkiem.

Dzisiaj w radio ktoś się zachwycał swoim nowym „odkryciem”, że bakłażan i gałka muszkatołowa tworzą niezwykle smakowite połączenie. Dla mnie to nic nowego, bo już od dość dawna bakłażany zawsze doprawiam gałką i pisałam już o tym tutaj niejeden raz. Pierwszy raz połączyłam te produkty przypadkiem,  bo niechcący rozsypałam potartą gałkę muszkatołową  na pokrojone bakłażany i tak zostawiłam.

Program przywołał mi ochotę na bakłażany, więc wracając z pracy kupiłam w Lidlu (tanio, 1, 19 euro za kg.)  trzy ładne nieduże bakłażany i w króciutkim czasie przyrządziłam z nich przepyszne,  ekskluzywne danie (pomysł własny).

 

Bakłażanem w takiej postaci możemy poczęstować nawet najbardziej wybrednego gościa.

Po uprzednim umyciu pokroiłam bakłażany, na dość duże kostki, po czym  przyprawiłam je  dość intensywnie: gałką muszkatołową, solą, pieprzem,  przyprawą maggi w płynie i odstawiłam na chwilę.

Jabłka – najlepiej żeby była ich na talerzu taka sama ilość co bakłażana, ale ja niestety miałam w domu tylko dwa owoce., które pokroiłam na ósemki, otoczyłam dokładnie w dobrym oleju, dopiero potem ( olej najpierw po to, by owoce zachowały sok w środku) leciutko posoliłam i posypałam majerankiem.

Bakłażana(po odlaniu soku, który puścił pod wpływem soli) wraz z pokrojonymi dwiema cebulami,  usmażyłam na tłuszczu, pod przykryciem  do miękkości na jednej patelni, a jabłuszka( już bez tłuszczu, bo były wcześniej nim otoczone) na drugiej.

Zrobiłam tez odrobinę sosu: Na tłuszcz po bakłażanach wylałam trochę mleka kokosowego i doprawiłam odrobiną gałki i maggi. Nie umiem tylko powiedzieć, czy bakłażany były lepsze z tym sosem, czy bez niego, bo dla mnie były równie pyszne, tylko ze sosem smakowały nieco inaczej.

 

I jak tu przytyć?

Trochę za szybko ruszyłam do pracy po przeziębieniu, więc miałam, mały „nawrocik”, albo może też być, że to wirusowe przeziębienie tak właśnie przebiega, bo u moich wnuków katar ciągnie się w „nieskończoność”.

Straciłam przy tym  na wadze i staram się to nadrobić. Dzisiaj miałam okazję skorzystać z pozytywnego efektu huraganu nazwanego Ophelią i mam nadzieję, że tylko takich stron tego żywiołu będziemy doświadczać. Wygrzewałam się w słońcu (23 stopni w cieniu  )w restauracji mieszczącej się w pięknym parku w Gelsenkirchen(od wczoraj tu jestem) przy curry z bakłażana w mleku kokosowym – obiedzie, na który zostałam zaproszona.

Curry z bakłażana w mleku kokosowym, pomysł dobry, tylko, jak dla mnie –  złe wykonanie. Na danie czekałam bardzo długo, ale to mogę wybaczyć i zrozumieć. Wybaczyć tym łatwiej, że przy tak pięknej pogodzie, ustawieniu mojego stolika i wygodnym fotelu wcale mi to nie przeszkadzało. Zrozumieć, bo ludzi tłum, personelu niewiele, a u za ciepło, choć efektownie odzianych kelnerek i kelnerów przemęczenie było nad wyraz widoczne.

Samo danie niedoprawione. Sos z mleka kokosowego z kilkoma kostkami –  podobno pieczonych warzyw (podobno, bo smaku tego pieczenia nijak nie mogłam wyczuć) z curry, cytryną, trawą cytrynową, choć z lekka mdły, był do zaakceptowania, ale duże prawie surowe, bez smaku kostki bakłażana zupełnie były już dla mnie nie do przyjęcia. Jedyną przyprawą, jaką na nich wyczułam była gałka muszkatołowa, ale o soli już zapomniano. No i …że surowe….. .

Co jeszcze istotne, wszystkiego – malutko, a mięsne dania obok obfite i jak tu przytyć.  Z „obfitością” porcji wegańskich dań w restauracjach podających „wszystko” spotykam się nie pierwszy raz. W Gdańsku przy ul. Długiej jedyne w karcie, wegańskie danie w pewnej restauracji –  curry z ciecierzycy podano mi co prawda na ogromnym talerzu, ale w ilości dla małego ptaszka.

Parę groszków ciecierzycy, łyżka mleka kokosowego, kilka strzępów surowej marchewki i kilka nitek kiełków, za 30 zł. Czyli co, dla weganina „musi być” mało i drogo. Ciekawe, bo na co dzień, jem dużo i tanio.

Czytać siebie.

Choroby, które nas dopadają  są informacją dla nas, od naszego ciała i „nie tylko……”, że coś robimy nie tak, że działamy przeciwko sobie, że musimy, a przynajmniej powinniśmy   zmienić w naszym życiu coś, co nam wyraźnie szkodzi, co nie jest dla nas korzystne. Od jakiegoś czasu tylko tak odczytuję „alarmy mojego ciała”, nawet te drobne.

Pewna praca, w którą się ostatnio „uwikłałam”, nie jest dla mnie korzystna i nie ma sensu, ale nie umiem się od niej odciąć, choć zmianę obiecuję sobie z tygodnia na tydzień. Zdarzenia z ostatniego czwartku na zbyt długiej drodze do tejże pracy, napotkany śmiertelny wypadek, utrudniony objazd z tegoż powodu, po jakichś „dziurach,  kocich łbach” gdzieś w lesie i incydent bardzo niebezpiecznego, zdawało się, że z jakiegoś powodu – celowego zajechania mi drogi, też były  dodatkowym potwierdzeniem od losu, że – to nie jest dla mnie, ale jeszcze miałam wątpliwości, czy dam radę, czy jestem gotowa na kolejną zmianę,  czy już potrafię to zrobić. Tak byłam, jestem gotowa, ale moje ciało spostrzegło moje wątpliwości, wahania i zadecydowało za mnie:   „- Właśnie się przeziębiam , a ty nigdzie nie pojedziesz.”

Choć bardzo długo „stawiałam opór najeźdźcy” w końcu zaraziłam się od moich, już  dość długo „wirusowo – zasmarkanych” wnuków. Pierwszymi objawami, w noc z soboty, na niedzielę była temperatura 38, 8 stopni C,   okropnie zatkany nos, bez możliwości nim oddychania i bąbel na ustach – bolesna opryszczka. Zbicie gorączki do normalnego stanu,  udrożnienie nosa  i zasuszenie opryszczki – do rana, przy tym, co posiadałam w domu, uważam za mały sukces „medycyny naturalnej”.

 

 

Nie za dużo spałam tej nocy, bo głównie się kurowałam. Piłam dużo wody z cytryną, mniej więcej co godzinę – dwie piłam trochę ciepłego naparu z wrotycza(działa przeciwzapalnie i anty – wirusowo), przemywałam też nim( gorącym) opryszczkę. Z tą samą częstotliwością popijałam napar z siemienia lnianego, zjadałam po dwie najzwyklejsze pigułki wit. C i przegryzałam naturalną wit. C w grejpfrutach  i paprykach: czerwonej i żółtej, która ma podobno kilkanaście razy więcej tej cennej witaminy, od czerwonej. Dla zwiększenia odporności „podjadałam”  kefir z grzybka tybetańskiego, który hoduję: .https://lucyostrachu.pl/2016/12/eliksir-zycia-grzybek-kefirowy-zwany-tybetanskim.

W niedzielę nie czułam się jeszcze rewelacyjnie, ale temperatury, ani zatkanego nosa (pozostał lekki katarek). Opryszczka już nie bolała, bo wyschła. Kurację kontynuowałam w dalszym ciągu, ale już z mniejszą częstotliwością. Dzisiaj – poniedziałek, samopoczucie prawie w normie, trochę kataru i rzadko kaszel.

Choroba – przeziębienie,  dała mi sporo czasu na przemyślenia. Tak, to choroba mi go dać musiała, bo sama bym  sobie tego czasu nie „wzięła”. Miałam też czas na lekturę, internet, w którym znalazłam przekaz dla siebie: Jeśli nie zarabiasz robiąc to, co lubisz, to skup się na ZARABIANIU, bo przecież chodzi o to by zarobić, a nie wykończyć siebie pracą, więc wychodząc z domu mów, że idziesz zarabiać , bo właśnie taki komunikat ma docierać do twojego mózgu.

 

 

 

 

Zupa z soczewicy.

Smaczna i pożywna zupa z czerwonej soczewicy, która szybko się gotuje,  to fajny pomysł na obiad w chłodne dni.

Dzisiaj pokroiłam  do niej dość dużo warzyw: cebula, marchew, seler, czerwona papryka, kilka ziemniaków. Dla polepszenia smaku, część tych warzyw przesmażyłam z cebulką na oliwie, a później ugotowałam w wodzie przyprawionej kostką rosołową warzywną, zielem angielskim z resztą warzyw i soczewicą. Ponieważ zupę przygotowywałam też dla „wszystko – jedzących”, więc dodałam  na końcu wkładkę niby – mięsną, czyli odgotowane osobno drobne kotlety sojowe, doprawione wędzoną papryką, i przesmażone w „towarzystwie” kilku grzybów( podgrzybki i świeżutki koźlak, można je zastąpić pieczarkami), które rano znalazłam na spacerze z psem. Zupę doprawiłam jeszcze dodatkową porcją wędzonej papryki, majerankiem i pieprzem. Była pyszna.

Zapiekanka z kaszy jaglanej z bakłażanami i sosem pomidorowym z cynamonem.

Kasza jaglana, bakłażan i pomidory z cynamonem, tyle zapamiętałam z jakiegoś przepisu, który napotkałam tutaj na fb. i to mi wystarczyło, bo zazwyczaj tylko inspiruję się przepisami i nie trzymam się ich sztywno. Sprawdziłam, pomidory i cynamon, to znakomite połączenie w sosie do bakłażana przyprawionego gałką muszkatołową.

To pyszna  i prosta potrawa, łatwe w przygotowaniu. W przepisie był chyba „przekładaniec”, ja zrobiłam po jednej warstwie. Na dno dałam ugotowaną kaszę jaglaną, na kaszę grillowane – usmażone plastry bakłażana, wcześniej dość obficie przyprawione, solą pieprzem i gałką muszkatołową(ta świetnie pasuje do bakłażana). Na wierzch sos pomidorowy z  świeżych pomidorów z cynamonem. Na patelnię z podsmażonymi cebulą i czosnkiem wrzuciłam kilogram pokrojonych pomidorów (na targu kupiłam jeszcze po złotówce z kg.), odparowałam je i jeszcze dłuższą chwilę smażyłam  dodając cynamon( po trochu, próbując efektu), odrobinę gałki muszkatołowej, jakiegoś warzywka( suszone mielone warzywa), pieprzu….., na końcu dolałam soku pomidorowego(może być woda, jeśli pomidorów było dużo), zagotowałam i jeszcze doprawiłam do smaku. . Myślę, że im więcej tego sosu, tym lepiej, całość może w nim tonąć. Tak zapieczone kilka minut w piekarniku danie,  smakuje wybornie.