Zupa z kiszonej cukinii. Wersja wegańska, bezglutenowa.

Cukinia pięknie mi w tym roku obrodziła. Dużą część zakisiłam zupełnie tak samo, jak ogórki, tyle, że duże cukinie pokroiłam na kawałki.  Zupa z kiszonej cukinii jest tak samo pyszna, jak ogórkowa.

Pokrojone w kostkę (na około 3 litry zupy): trzy cebule, trzy marchewki,  spory kawałek selera, kilka ziemniaków przesmażyłam lekko na patelni na oleju kokosowym, zalałam wodą i ugotowałam do miękkości bez soli. Na tarce starłam kilka kawałków sporej wielkości cukinii, którą również przesmażyłam z cebulką i wrzuciłam do wywaru z warzywami. Całość zagęściłam odrobiną mąki bezglutenowej( np. ziemniaczanej). Zupę okrasiłam przesmażonymi kosteczkami tofu i gęstym mlekiem kokosowym. Połączenie smaku kokosa z kiszoną cukinią, albo ogórkiem daje zaskakująco smaczny, oryginalny efekt. Ważny dodatek, to – spora ilość zielonego koperku. Może być też suszony, ale jest niezbędny. 

Na talerzyku obok mały „stek” z kalafiora. Pocięty kalafior, najpierw otoczony w oleju, później przyprawach: papryki ostra, słodka, suszone mielone warzywa, sól,… i upieczony w piekarniku na folii, lub papierze piekarniczym.

 

LUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS.

Gady „rzuciły kości” – dalej dzieje się już samo. Dwa żandarmy – niby ” pielęgniarki” napadły mnie w szpitalu, siłą zmuszając do założenia maski. Przyjechałam ze skręconą nogą do szpitala, bo nie byłam pewna czy to tylko skręcenie. Przeszłam przez namiot, gdzie Pani w kombinezonie, ale bez maski podała mi pismo do podpisania w temacie kontaktu z zakażonymi. Nawet przyjaźnie – pomyślałam. W recepcji – dalej przyjaźnie. W boksie u lekarza również. „Schody” zaczęły się kiedy miałam wejść do gabinetu z rentgenem. Dwie – sporą chwilę obserwujące mnie pielęgniarki, które przyjechały z innymi pacjentami nagle wybuchły z nieukrywaną agresją: „Nie wejdzie pani bez maski!!! Dlaczego nie ma pani maski?!!!….” Widać było, że nie odpuszczą. Nie pomogło oświadczenie, że nie mogę, że sanepid potwierdził iż mam takie prawo… . Z pomocą przyszła mi milutka Pani radiolog z przyłbicą z pleksi w ręku: „Niech Pani to założy to lekkie.. Niech pani to założy, bo one nie odpuszczą” – powtórzyła raz jeszcze po zamknięciu drzwi gabinetu. „Pani wie jak jest, ja wiem jak jest…, ale one nie odpuszczą…”. Zadzwoniłam dzisiaj do administracji szpitala, gdzie poproszono mnie o złożenie pisma w tej sprawie, by zarząd miał podstawy „pochylić się” – jak to ujął sam prezes zarządu – nad osobami, które mają problem z założeniem masek. Nie noszę masek od samego początku tej fałszywej pandemii i może 3 razy miałam z tego powodu problem, a każda sytuacja była o tyle komiczna, a raczej tragikomiczna, że dookoła mnie maski były na brodzie, pod brodą, przyłbice na czubku głowy…, ale BEZ !!! – było nie do przyjęcia. Absurd – jak cała ta pandemia.
Mój wnuk jako jedyny w klasie nie zakłada maski, bo Jego Rodzice dbając o zdrowie swojego dziecka, złożyli w tej sprawie pismo do szkoły. Wielu innych rodziców „chciało” zrobić to samo, ale tego nie zrobili przystosowując się do asekuracyjnego nakazu dyrektora szkoły. W konsekwencji zdarzeń tylko mój wnusio nie zakłada maski i nawet, jeśli nie jest tego świadomy, nie może się z tym czuć dobrze, to niemożliwe. Kiedy ma iść do szkoły dostaje, albo bólów brzucha, albo temperatury. Pytanie teraz co gorsze? Skutki zasłaniania ust szmatą, czy rodzaj wyizolowania. Niestety kolejny raz – LUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS. WIRUS nie lata w powietrzu, nie czyha za każdym rogiem…. WIRUS JEST W LUDZIACH. Jeśli  LUDZIE się nie obudzą może nam się zdarzyć Australia, albo jeszcze gorzej.

Karp sojowy w „żywym” occie z mniszka lekarskiego.

„Z okazji zbliżających się świąt powinniśmy pamiętać o tym, że przede wszystkim jesteśmy istotami duchowymi. ” – gdzieś usłyszałam to zdanie. Nasuwa mi się pytanie – czy duchowym istotom przystoi –  zabijanie? Właśnie rozpoczął się coroczny holokaust karpi. Już duszą się w basenach, basenikach, plastikowych workach… .  Rozpoczyna się też zwiększona rzeź świń, drobiu,…. 

Kto i kiedy nauczył nas zabijać? Kilka dni temu przyjaciel opowiedział mi, jak wyglądał – pierwszy raz jego starszego brata. Kiedyś zabijało się kurę tylko na niedzielę, albo jak kura była chora… toczy się opowieść. Jednak tym razem było jakieś święto, okazja i trzeba było zabić kurę na powrót ojca. Ojca nie było, więc  zabicie – tym razem koguta, bo na niego padło, matka zleciła najstarszemu dwunastoletniemu synowi. 

Chłopak długo ganiał zwierzę po podwórku, jakby nie chciał złapać ofiary. W końcu jakoś mu się udało skrępować i „przygotować” do ciosu rozpaczliwie szamocącego się ptaka. Z uderzeniem siekierą było jeszcze trudniej, cios padł, ale krwawiący kogut, z nie do końca przeciętym karkiem nadal biegał po podwórzu, a dzieciak zemdlony leżał na ziemi obok zakrwawionego kloca, a wszystkiemu przyglądał się młodszy brat. Kiedy zabijamy, zawsze zabijamy jakąś cząstkę siebie.Dzisiaj zrobiłam małą próbę, coś a la karp w occie z mniszka lekarskiego. Bardzo nam to coś smakowało. Jak ryba – stwierdziła córka i półmis został pusty. Pustym półmiskiem macham ja.Ugotowałam kotlety sojowe w wodzie – 15 min. Odcedziłam i zlałam zimną wodą.  Zamarynowałam je na chwilę w oleju kokosowym, suszonych, mielonych warzywach, sosie sojowym( ewentualnie maggi w płynie – bez konserwantów i glutaminianu, są takie w sprzedaży). Później namoczyłam w mleku kokosowym, otoczyłam w mące z ciecierzycy i usmażyłam.

Zalewa octowa. Trzy pokrojone,  lekko przesmażone w tłuszczu cebule, kawałek papryki zagotowałam w wodzie (ok. 1 szklanka) z dodatkiem suszonych mielonych warzyw, maggi, liścia laurowego, ziela angielskiego, doprawiłam pieprzem, lekko dosłodziłam syropem z agawy i odstawiłam do przestudzenia. By nie marnować cennych składników zawartych w occie dolałam go  do zalewy, kiedy ta przestygła.  Kotlety najlepiej zalać lekko ciepłą zalewą tuż przed podaniem. Aby uzyskać posmak morskiej ryby, do gotującej się zalewy można dodać kawałek płatu  Sushi Nori. 

Ocet z mniszka( do zalewy można użyć też octu jabłkowego…) zrobiłam wiosną. Wydawało się, że cztery litry, to za dużo, ale zapas mi się już kurczy, taki smaczny ten specyfik, już nie wspomnę o jego bardzo cennych  właściwościach zdrowotnych. Smażone – to niezbyt dobry wybór, ale bogaty odżywczo i leczniczo ocet z mniszka znacznie  łagodzi straty. Zaprawdę powiadam wam – warto robić ocet z mniszka każdej wiosny,  z zapasem na cały rok. Robi się go tak samo, jak ocet jabłkowy, można też mieszać mniszek z jabłkami. 

Deficyt miłości – jeszcze raz.(tatar z lnu)

Wczoraj zadzwoniła do mnie dziewczyna o imieniu powiedzmy – Celina. Dlaczego do mnie zadzwoniła? Nigdy wcześniej do mnie nie dzwoniła, więc dlaczego zadzwoniła akurat do mnie i akurat wczoraj?

Drążę ostatnio tak ważny temat miłości do siebie, a raczej skutków jej braku, więc to właśnie z tej energii  przypłynął do mnie jeszcze jeden deficyt, osoba, która po prostu przypomniała, że – jest, bo wielu o niej zapomniało, a są tacy w rodzinie, co  nawet nie wiedzą, że istnieje ktoś taki, jak Celina.  

Ze cztery razy się w życiu spotkałyśmy i to może na minutę, więc sama również niewiele o niej wiedziałam, bo i skąd, że  dla tych najbliższych za mało jest bogata i za szczera –  tak o sobie myśli i tak o sobie wczoraj mówiła.  Kilka dni temu „pożegnała” się ze swoja matką, bo ta kolejny raz ją zraniła. Siedemdziesiąt trzy lata czekała, żeby ją matka zapytała: – „Jak się czujesz Celinko?”, ale się nie doczekała, więc, jak stwierdziła: –  „Zebrałam się na odwagę” by powiedzieć 94 letniej „staruszce” : „- Żegnaj mamo”.

CELINKO – KOCHANIE, mogłabyś tak – i sto, – i dwieście lat czekać i  byś się nie doczekała. Matka nie może dać Ci tego, czego sama nie ma, bo  jej tego też nikt nie dał przez – 94 lata.

Celinko – jesteś władna dać sobie sama – wszystko, czego oczekujesz od innych, tylko zechciej spróbować.  To naprawdę działa!

Kiedy wstajesz rano, spójrz w lustro i powiedz: Kocham Ciebie Celinko. Jak się czujesz kochanie? … Powtarzaj to każdego dnia. Kochaj siebie zawsze i w każdej chwili, nigdy nie oceniaj. Wszystko, co robisz na dany moment jest właściwe. Ty jesteś właściwa, jedyna, niepowtarzalna.

Daj sobie czas, w ciszy przypomnij sobie każdy moment, w którym tak bardzo cierpiałaś i przytul, pogłaszcz po główce tę małą Celinkę, która miała trzy, pięć lat,  utul też tę, która miała dwadzieścia, pięćdziesiąt lat…. Ukochaj to dziecko w sobie, które ciągle jeszcze woła o MIŁOŚĆ, a spojrzysz na matkę zupełnie inaczej.

To Ona urodziła Ciebie, podjęła ten trud i dała Ci życie, ten cenny dar, ale to my podobno wybieramy sobie rodziców, zanim tutaj się pojawiamy. Takie spojrzenie zmienia postać rzeczy.  Twoja matka odegrała swą rolę, jak tylko umiała. Rodzice są tak samo doskonali, a zarazem pod wpływem różnych uwarunkowań tak samo  – niedoskonali, jak i my. Bywa, że nas hartują, ale wszystko prowadzi do MIŁOŚCI.

Dla rozluźnienia – smakowity – na kanapki też – „tatar” z lnu. Doskonałe uzupełnienie – tłuszczów omega trzy.

Świeżo zmielone siemię lniane wymieszane z dużą ilością pokrojonej cebulki, z zmiksowanym świeżym i suszonymi pomidorami( z oleju też mogą być), doprawiony sosem sojowym, ewentualnie Maggi, solą pieprzem. Mnie bardzo smakuje

Kochać siebie.

 

„Nikt tego nie wie, jak ja kocham siebie…” świetny tekst Maleńczuka, jednak trochę trwało zanim go zrozumiałam  i przestałam odbierać  , jak cyniczny żart. Nigdy nie wdawałam się w rozmyślania  co  to znaczy   – kochać siebie, na ten koncept  gdzieś z tyłu głowy pojawiały się słowa, egocentryzm, narcyzm…., ale na szczęście dla nas „wszechświat”  nie lubi, kiedy nie kochamy siebie  i w taki czy inny sposób nas zatrzymuje, służy lekcjami.  Najpierw tylko – pokazuje, a kiedy – nie widzimy”w czym siedzimy”, bo zobaczyć nie umiemy, albo nie potrafimy, że latami, nierzadko od zawsze  ciągniemy na debecie, ciągle dajemy  nie wiadomo skąd się zapożyczając,   zaczynają się zatrzymania, lekcje, nauczki….

O NIE – debeciarze, to nie Anioły. Anioły dają z zupełnie  innej przestrzeni. Nie zapożyczają się, umieją stawiać granice. Nie obierają pomarańczy ze skórki komuś, kto może sam to zrobić, ale nie zrobi, bo mu się nie chce, bo obok jest ktoś, kto zrobi to za niego w trosce, że mu zabraknie witaminek, a on sam skupi się na tym jak tu najprecyzyjniej postawić się w roli ofiary, by z miną męczennika zjeść w końcu tę cholerną pomarańczę.

Co robi w takiej sytuacji wszechświat? Ano próbuje zatrzymać debeciarza.  Wysyła znaki, zdarzenia…., choroby, które zawsze są wezwaniem do zmiany, albo ostateczne, w skrajnych przypadkach –  przewraca, obala naszego niepoprawnego recydywistę –  debeciarza, wali nim solidnie o beton. Debeciarz leży w bólu, ale nie poprosi o pomoc, bo jest – nieważny, ten stan odziedziczył po przodkach, a gdy już zdoła się jakoś podźwignąć, by mu za łatwo nie było,  dostaje jeszcze – za poczucie winy,  solidnie „w łeb” od męczennika, u którego z racji wiecznego umęczenia odruch pomocy się nie wyzwolił. Jedno  zdarzenie(niestety prawdziwe), a  tyle informacji – do czego nas może doprowadzić deficyt miłości do siebie. 

Kochać siebie, to nie znaczy odrzucić wszystko i wszystkich. Wszechświat daje przestrzeń na balans w tym temacie.  Kochać siebie, to nie zapomnieć o pomarańczy także dla siebie. Troszczyć się o siebie i swoje ciało tak samo, jak troszczymy się o innych. Kochać siebie, to być ze sobą cokolwiek się nie wydarzy. Nigdy siebie nie obwiniać, nie karać. Kochać siebie, to kochać siebie zawsze.”…Nigdy z sobą się nie kłócę, nigdy siebie nie porzucę…” – M. Maleńczuk. Jeśli chodzi o mnie to jestem niepoprawną recydywistką, ze słabo realizującą się obietnicą poprawy w temacie – pomijania siebie, chociaż dostaję nieźle popalić od „wszechświata”(jak zwał, tak zwał). Ciągle uczę się kochać siebie.

W ramach miłości do siebie możemy zaprosić siebie do restauracji, albo ugotować to, co lubimy i co dobre dla naszego ciała. . Na przykład – krem z buraków.

Potrzeć na tarce kilka obranych buraków i kawałek selera, chwilę podusić na oleju kokosowym z cebulą i czosnkiem, zalać zimna wodą i zmiksować ręcznym blenderem z jabłkami do smaku. Krem zagotować na dwie, trzy minuty, doprawić suszonymi,  mielonymi warzywami, pieprzem, majerankiem, na końcu sokiem z cytryny, albo dobrym octem owocowym. Zjadamy z pokruszonymi orzechami, laskowymi, lub włoskimi…może jeszcze jakimś pudrem grzybowym( akurat miałam z kani) i kleksem z gęstego mleka kokosowego.